Trochę dżungla, a trochę nie

Yhm, trochę czasu minęło od ostatniej relacji spod wulkanu. Żyjemy! I nawet jesteśmy o krok bliżej od zamieszkania w dżungli. Żebyście nie mieli jednak fałszywego wyobrażenia – nie bujamy się od świtu na lianach. Nasza dżungla jest na razie tylko cieniem, dyskretną zapowiedzią wielkiej zieleni. I tak jest dobrze, bo jak wiadomo nadmiar szkodzi. Nadmiar rzeczy, wrażeń, zmian, schodów, szarych dni. Ale nie przyszłam tu narzekać, nie tym razem kochani, bo wiosna idzie! Wiem to, czuję i nawet jak utknę w zaspie, to i tak nie ustąpię. Idzie wiosna, mówię Wam! Na dowód mojej tezy kupiłam dzisiaj nasiona chabrów.

Znowu nadchodzi czas wyrzucania i domowych zmian. Jeszcze nie ruszyłam na balkon z szaleństwem w oczach, jeszcze straszą pelargonie i kikut choinki, chociaż ten smutny widok to jeszcze nic wobec dokonań gołębi. BTW Czemu tyle nienawiści do gołębi? Ok, mnie też denerwuje ta kupa wszędzie – cały balkon w kupie, ale bez przesady. Gołąb też ptak, też żyć musi. Co on biedny winny, że tu łapka jakaś kaprawa, tu oko nie bardzo, że życie w mieście ciężkie? Wrony też uwielbiam i kawki też. [Koniec dygresji]  Jestem na razie zbyt pochłonięta codziennością, ale gdzieś z tyłu czuję oddech wielkich porządków, takich po których człowiek budzi się z poczuciem zmiany, odświeżenia i lekkości. Dajcie mi jeszcze czas na ochłonięcie, a ruszę buldożerem i odgruzuję (czy zburzę? Co robi buldożer?) wszystko. Zresztą koparki, buldożery i inne ciężkie maszyny przydałyby się też jutro, z okazji dnia kobiet w kraju, który nienawidzi kobiet. Ale my się nie damy!

Postaram się, żeby kolejny wpis był na jakiś temat.

Byle do wiosny!

PS Dzięki za wsparcie i dobre słowa po poprzednim wpisie. I dzięki Romko – moja jedyna fanko – za czujność ❤

Reklamy

Zmiany

W 2017 wkroczyłam z nadzieją, że to będzie dobry rok. Przynajmniej lepszy od poprzedniego, który w moim osobistym rankingu, zyskał miano (dotychczas) najtrudniejszego. Było ciężko, bardzo ciężko, ale bywało też najlepiej, bo wiadomo – rodzina, przyjaciele, dzieci, Berlin, drobne wycieczki i radości codzienne. 2017 rok rozpoczął się obiecująco, bo jeszcze w grudniu pojawiły się nowe możliwości zawodowe. Zmiany, zmiany, zmiany!

ryba

Tylko tuż za rogiem tradycyjnie czaiły się wyzwania i niespodzianki, te tak zwane nieprzewidziane okoliczności, które lubią namieszać: wywołać małą katastrofę, czy po prostu wysadzić w kosmos równowagę wewnętrzną. Często się mówi, sama zresztą bardzo lubię takie lekko wytarte stwierdzenia, że zmiany są dobre. Ale po pierwsze: doświadczenie uczy, że lepiej nie szastać takimi tekstami, szczególnie, gdy coś oficjalnie nazywa się dobrą zmianą. Po drugie, dużo wielkich zmian w krótkim czasie bywa jednak cokolwiek destabilizujące psychicznie. Już od dawna nie ukrywam lekkiego szaleństwa, którego nabawiłam się poprzez uroki macierzyństwa i inne okoliczności. Także destabilizacja stała mi się niemal stabilizacją, moją normą jakby wypracowaną w toku ostatnich, pełnych wrażeń lat. Choć straciłam już to dzikie spojrzenie, gdy po dwóch tygodniach w domu z chorymi dziećmi, szłam do baru upolować obiad i przyglądałam się z niedowierzaniem ludziom wokół. Skąd oni się wzięli? Dlaczego są tak ładnie ubrani, o czym tak beztrosko rozmawiają? Czy oni byli tu cały czas, gdy ja byłam tam, na górze z dwoma uroczymi ogrami?

drzewo

Po trzech latach z dziećmi wracam do pracy, by po czterech miesiącach zmienić pracę, zmienić branżę i desperacko poszukiwać niani, która pozwoli mi się od czasu do czasu pojawiać w tej nowej pracy, nowej branży i nowym rozdziale życia.

Piszę to wszystko, żeby nabrać dystansu do swojego szaleństwa i rozwiać złudzenia – jeśli na zdjęciach z poprzedniego wpisu bije od nas jasność, to jednak spora zasługa zdolnej fotografki. I żeby nie było wątpliwości, dzieci są jednak najlepsze. Nadają sens wszystkiemu.

Trzymajcie kciuki za wszystko, co nowe!

PS Jeśli zdjęcia wydają Wam się bez sensu, to miały być motywacyjne (linki do źródeł po kliknięciu na foto)

U państwa Robotów

Pod koniec września, a może w październiku – dawno temu w każdym razie, odwiedziła nas Martyna i zrobiła zdjęcia w naszym mieszkaniu. My też się załapaliśmy, ale oczywiście uważamy, że w rzeczywistości jesteśmy piękniejsi. Tak czy inaczej, skupcie się na wnętrzach. Na żywo są trochę ciemniejsze i chyba mniej przestronne, ale co to znaczy dobry fotograf! Voilà!

Uwielbiam to zdjęcie Łucji i Muchy – one są naprawdę zgranym duetem (często śpią z nami w łóżku, wciśnięte pomiędzy Wojtka i mnie, a Cisza zwija się przy stopach)

Tyle już się zmieniło w domu przez te parę miesięcy – ciągłe przypływy i odpływy! Przypływy szczególnie ceramiczne i z tworzywa sztucznego (zabawki!), ale też coś odpłynęło – choćby kartonowy domek z pokoju dzieci. Panta rhei, memento mori et cetera.

Martyna zrobiła zdjęcia na potrzeby Ikea Family. Jeszcze raz wielkie dzięki!

Powietrza!

Chyba jestem podduszona. Nie tylko przez katar, ale przez nadmiar rzeczy. Rzadko to odczuwam. Zwykle im więcej, tym lepiej, ale prawdopodobnie zbliżam się do granicy, za którą już tylko szaleństwo i samotność. Wiele razy robiłam skomplikowane bilanse i wyliczenia, które miały pomóc w ustaleniu, do której porcelanowej figurki albo innego rupiecia, jestem najmniej przywiązana. Pytałam swoje serduszko: czy mogę oddać potrzebującym tego robota? Odpowiedź była zawsze negatywna. I to wcale nie przez zatwardziałość mojej duszy (choć to również), ale przede wszystkim, większość gratów to prezenty. Prezenty od męża i rzeczy odziedziczone. No i kto jest najgorszym zbieraczem w rodzinie? Ha!

#minimalizm

Zadałam to pytanie tylko po to, żeby się pocieszyć i usprawiedliwić z nieumiejętności pozbycia się, ogarnięcia nadmiaru. Po powrocie ze Świąt jestem tradycyjnie zaskoczona, że ledwo się mieścimy. Od kiedy zabawki zalały pokój dziecięcy, mam wrażenie, że tej fali nikt już nie zatrzyma, opanowała całe mieszkanie. Kiedyś ktoś odnajdzie nasze ciała ukryte pod stertami klocków, aut, maskotek, książek, układanek, obrazków… a ja na pewno będę leżała pod tym drewnianym koniem na biegunach. Za karę, że mam do niego taką słabość. Uwierzcie, że staram się być grzeczna i nie kupować głupot. Nawet więcej, jestem grzeczna i nie kupuję głupot! Planuję jedynie wyhodowanie dżungli, co jest raczej roztropne, praktyczne i w dodatku nas uratuje przed smogiem (przed światem trochę też). Znam swoje słabości i wiem, że to, co mnie powstrzymuje przed wkroczeniem na świetlistą drogę minimalizmu, to emocje. Te wszystkie historie, wspomnienia, miejsca, które siedzą w tych porcelanowych stworach, metalowych robotach i innych. Wielokrotnie już godziłam się z faktem, że nasze mieszkanie nie będzie przestrzenią do medytacji, ale jednak coś we mnie pęka. Bo o psia kostka! – jak mawia moja przyjaciółka – dokąd zmierza to wszystko? Ten nadmiar rzeczy, nadmiar emocji? Może chodzi o to, żeby coś nareszcie zmienić. Odkurzyć, wywietrzyć, wyrzucić, poskładać na nowo i żeby mieć więcej miejsca na dobre myśli i nadzieję. I tego nam wszystkim życzę. Przyszły rok musi być lepszy!

Zrobiłam szybko zdjęcia, żebyście pokrzepili się widokiem cudzego bałaganu. Dzieci śpią, więc miałam tylko duży pokój i przedpokój do dyspozycji. Kuchnię i łazienkę Wam daruję :*

Zły smog i wielka dżungla

Mamy choinkę. Tytus powiedział „piękna”, a Tytus mówi jak jest, więc mamy piękną choinkę. (Musicie uwierzyć Tytusowi na słowo, bo mam wyłącznie fatalne zdjęcia z telefonu, które nie przeszły kontroli jakości). Jest też wieniec, gwiazda betlejemska i inne drobiazgi – wszystko wydobyte z szaf i zainstalowane. Poza tym zostałam ukarana za swoją zuchwałość z poprzedniego wpisu. Przyznaję – dałam się ponieść i nie przemyślałam dobrze konsekwencji. „Dzieci na razie trzymają się zdrowo” tak napisałam. Wkrótce więc dzieci się rozchorowały, a trwało to trzy tygodnie. Czyli jednak milczenie złotem.

Oprócz planowania wyprawy w rodzinne strony, jestem pochłonięta obmyślaniem strategii antysmogowej dla domu. Pewnie wiecie (niestety ja dowiedziałam się dopiero ostatnio), że ta romantyczna mgła nad Warszawą, to po prostu smog. A wielka chmura, która sprawia, że wszystko jest tak rozmyte i nierzeczywiste, to nic innego jak pyły zawieszone w powietrzu. Co gorsza, mieszkamy w centrum, w samym środku wulkanu. Obmyślam więc plan ratunkowy dla naszej chatki na kurzej nóżce. Trzeba będzie zaopatrzyć się w oczyszczacz powietrza i nareszcie wyhodować prawdziwą, wielką, dziką, dziką i wielką dżunglę. Na marginesie, pamiętacie jak Mama Muminka niechcący zamieniła dom w dżunglę? I najlepiej, gdy wołała Muminka: „Chodź tu do nas na górę! Znalazłam krzak agrestu w szafie!”* i wszyscy bujali się na lianach w salonie…

Jeśli chodzi o sprzęt oczyszczający powietrze – na razie nie mam rozeznania. A jeśli chodzi o kwiaty, dowiedziałam się (stąd), które kwiaty są największymi sprzymierzeńcami w tej walce. Po odrzuceniu gatunków sezonowych (chryzantema) i trudnych/nie najładniejszych (figowiec, który kojarzy mi się z tym, że woli być łysy i martwy, niż inwestować w nowe liście), wybrałam anturium i bluszcz. W skład dżungli wejdzie jeszcze palma (chrysalidocarpus lutescens) i lilia pokoju (spathiphyllum) – obie dzielne, mało wymagające i zbawienne dla jakości powietrza. Podobno lilia bardzo dobrze znosi brak światła, jakbyście mieszkali gdzieś w podziemiach. Planuję każdą wolną przestrzeń (a nie ma jej wcale, więc trzeba będzie ją stworzyć) oddać zieleni.

źródło fotografii Urban Jungle Blog

Trudności są tylko dwie, a może nawet trzy: 1. koty 2. dzieci 3. robale, pasożyty i inni wrogowie flory. Dwa pierwsze punkty są immanentną częścią gospodarstwa, punkt trzeci wciąż się panoszy. Na tych kilku kwiatach które mamy, mieszkają bowiem ziemiórki – małe muszki, kuzynki owocówek, które wykluwają się w ziemi. Jestem z nimi w stanie wojny już od jakiegoś czasu, ale nie robię sobie złudzeń i biorę pod uwagę wszystkie warianty. Z pozbyciem się ich żywicieli włącznie.

Źródła fotografii 1, 2, 3

Może zainwestujemy w kwietnik, ale chyba wolałabym poradzić sobie bez dodatkowych zakupów. Tylko tu wracamy do punktu pierwszego, czyli kotów – pogromców zieleni. Trzeba jednak wcisnąć kwiaty trochę wyżej, żeby dać im więcej szans na przetrwanie ataku Catzilli. Jeśli uda mi się przeprowadzić całą akcję, oczywiście dowiecie się o tym pierwsi.

Wasza Jane

PS Więcej o smogu dowiecie się na stronach: Polski Alarm SmogowyWarszawa bez smogu i w aplikacji do sprawdzania stanu zanieczyszczenia powietrza 

* „W Dolinie Muminków” Tove Jansson przeł. Irena Szuch-Wyszomirska, W-wa 1975

Obsesje wracają!

Dłuższą chwilę zajęło mi odnalezienie się w rzeczywistości. Tak naprawdę wciąż siebie szukam, bo nagle po trzech pełnych wrażeń latach, spędzonych na URLOPIE z dziećmi uczę się łączyć pracę i dom. Moc wrażeń. Napisałabym, że polecam, ale chyba jednak nie polecam. Znakiem mojej adaptacji do nowych warunków są domowe obsesje. Otóż drodzy przyjaciele, moje obsesje wracają! To dobry sygnał. Może nie dla naszego budżetu, ale dla mojej głowy – naprawdę dobry.

Naczelną obsesją domową są wciąż tapety. Teraz do moich poprzednich fantazji ściennych dołączyły jeszcze nowe wzory. W przypływie kreatywności zobaczyłam oczyma duszy mojej tapetę w kuchni, dużym pokoju i przedpokoju. I nie mogę się zdecydować, na której ścianie (nie) zawiśnie.

Tapety marki Scandinavian Designers II (źródło)

Obsesją numer dwa jest marzenie o remoncie: czyste ściany, porządne listwy przypodłogowe, naprawione irytujące drobiazgi. Nudy, już o tym kiedyś pisałam.

Na trzeciej pozycji zielona obsesja, czyli gdzie wcisnąć wielką palmę albo bananowca? To opowieść o brakach: zieleni wokół i miejsca na domową puszczę. Też już było.

źródło fotografii

Natręctwo numer cztery: jak zostać minimalistką, będąc maksymalistką? Inspiruje mnie postawa minimalistów. Podziwiam za całokształt. Moja przyjaciółka wprowadza ją w życie i to naprawdę jest możliwe, wygodne, praktyczne, piękne… No i cóż z tego, jeśli w Twojej głowie już dekoracje świąteczne i całe wysypisko domowych pomysłów?

20161013_101930

Cisza prasuje moją czarną bluzkę

Poza tym dzieci na razie trzymają się zdrowo, dzielnie uczęszczają do żłobka i przedszkola. Najbardziej ekscytujące są poranki: polowanie! Każda kolejna warstwa odzieży (a jest ich chyba sto) wymaga osobnego pościgu za każdą z naszych POCIECH. Do pracy wchodzimy jak po maratonie. Po położeniu dzieci spać wydajemy z siebie głośne „ufff” i zasiadamy do dalszych obowiązków. Musimy między innymi wygłaskiwać koty (Łucja dziś po raz pierwszy powiedziała „Cisza”, a Tytus Muszkę nazywa „Mufa”), bo inaczej wydzierają się albo szturchają łapą. Nie ma zmiłuj. Także zaprzężeni do codziennej orki marzymy o wielkiej podróży bez planu. I pocieszamy się, że jeszcze kilka lat i będzie spokojniej. I wtedy słyszymy chichot losu i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że możemy się spodziewać wszystkiego oprócz spokoju. Wiadomo wichry historii, nastroje społeczne i różne takie.

Dobranoc Państwu.

PS Do napisania czegokolwiek zmobilizowała mnie Siostra, Ania & Mąż. Przyjaciele czuwają! Howgh!

PS Odkryłam świetnego bloga Piąty pokój!

Horror o przedmiotach

Istnieje sekretne życie przedmiotów. Nie chodzi mi o jakieś opowieści grozy, ani ezoterykę. Może opowiem na przykładach. Po pierwsze – gdy wchodzi się do domu, w którym długo nie było człowieka (wyjechał na miesiąc na wakacje, albo tylko pomieszkuje czasami, albo zmarł), dom wydaje się opuszczony, wszystko wygląda inaczej. Jest martwe. Kiedy wchodzi się do takiego domu, to meble, lampy, poduszki są jakby przygaszone. Może nie od razu pokryte wielką pajęczyną i osaczone przez kilka pokoleń moli, ale jednak odmienione.

1

Po drugie, kiedy ktoś odchodzi i bliscy zabierają jego rzeczy do siebie. W nowym domu zmarła osoba staje się bardzo obecna. Jej rzeczy są nią nasycone, na nie przenosi się bliskość, zyskują na znaczeniu. Wiecie medium i takie różne horrory. Można wtedy pomyśleć: „na pewno nie spodziewała się, że ten talerz/filiżanka będzie ze mną na co dzień – w innym mieście, mieszkaniu, kontekście”, albo: „ciekawe, co by pomyślała, gdyby zobaczyła, że poszłam na to spotkanie z jej broszką przypiętą do kurtki – jak z amuletem?”, czy na przykład: „cały czas patrzy na nas z tego portretu, podoba mu się u nas?”. Można też pomyśleć coś o czasie i jego nieuchronności, i przedmiotach, że bywają niematerialne.

23