Wiosna na starych śmieciach

W doniczkach posialiśmy groszek pachnący, nasturcje i małe kwiatki na „p”, których nazwy nie mogę zapamiętać. Przy okazji porządków na balkonie gołębia rodzina, która z dnia na dzień stawała się coraz bardziej wielopokoleniowa, podjęła szczęśliwie decyzję o wyprowadzce. Mamy na sumieniu dwa wyklute, odchowane gołębie i dwa jajka, które zniknęły w nocy bez śladu (i naszego udziału). Balkon wystartował!

taki mały jest balkon, taaakie duże dzieci i taką mam minę jak otwieram worek z ziemią

Ostatnio czytam o redukcji, wyrzucaniu i wkręcam się nieśmiało w ideę zero waste. Nie powiem, że mam tu spektakularne sukcesy, bo nie mam. Robię tyle, ile mogę, powoli zmieniając drobne codzienne przyzwyczajenia. Od kilku miesięcy nie kupujemy plastikowych butelek, szukamy rzeczy w szklanych lub papierowych opakowaniach, wybieramy środki czystości, które są dla środowiska ok. Nie ma wielkiego bum i tarzania się nago po trawie pokrytej rosą (a mogłoby być!), no ale zawsze jakiś kamyczek do ogródka. A i mam w domu weganina (tzn. mąż się przeistoczył) i jakby synchronicznie, dla zachowania równowagi – dzieci rozsmakowały się w kabanosach. I razem z wiosną rośnie we mnie coraz większa tęsknota za zielenią, ogródkiem, ubrudzeniem się ziemią i takim uczuciem, gdy spędzisz cały dzień na dworze i skóra trochę piecze od słońca. A wieczorem dotykasz lekko głową poduszki i natychmiast odpływasz ze zmęczenia.

Prawie góry, prawie dzicz w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie

Razem z wiosną coś się w nas obudziło, natrętne myśli o ucieczce z miasta, o namiocie w dziczy i wychowaniu dzieci lasu. Dzieci mają podobne pomysły i gdy rano zaganiamy je w pośpiechu do wyjścia, pytają: „Czy jedziemy na plażę?” lub „czy jest już majówka?”. Potem, a jest 8:20 i jedziemy przez zakorkowaną Warszawę trasą żłobek-przedszkole-praca, w głowie kołacze mi „@##$%^ znowu się spóźnię”, Łucja bardzo radykalnie stwierdza: „Chcę się poleksarować” [porelaksować]. I wtedy myślę sobie, że ta dziewczynka ma niecałe 3 lata i ona już wie, i ma rację, i uciekajmy do lasu! Żeby jednak ten las gdzieś się jeszcze uchował, musimy się trochę spiąć. Także kochani odrzucamy konsumpcyjne żądze (haha!) i wkraczamy na ścieżkę, która ocali nas, dzikie dzieci, groszek pachnący i nawet gołębie. Bardzo nam tego życzę. No ale tak serio, wystarczy jak zrobimy cokolwiek, jak chociaż spróbujemy.

PS. O zero waste przeczytałam książkę Amy Korst „Styl życia Zero Waste”, obejrzałam wystąpienie Bei Johnson – babki, która wozi na wykłady słoik ze śmieciami swojej rodziny, poza tym jest mnóstwo inspirujących materiałów w sieci. Wcześniej przeczytałam jeszcze książkę o sprzątaniu i wyrzucaniu rzeczy, polecał ją Michał Nogaś, ale ja niestety nie polecam i aż zapomniałam jej tytułu!

I koniecznie dajcie znać, jeśli Wam też zacznie się śnić kompostownik.

Reklamy

Zza grobu

Jeszcze nie nadeszło Haloween, a tu bach i jeden trup wskrzeszony. Blog znaczy. Nie wiem, jak długo pociągnie, ale podejmuję odważną próbę reanimacji rozkładającego się już powoli „mojego kochanego pamiętniczka”. BTW Ciekawe, co to będzie jak nam się już odejdzie, a tu w sieci nasze żywe i radosne awatary będą przeżywać kolejne przygody.

foto by Łucja

Witajcie moi mili. Co się u Was działo przez ostatnie osiem miesięcy? U nas górki i dołki, wzloty i upadki, jak to w życiu pozainternetowym bywa. Z fajnych rzeczy – dzieci rosną, są coraz mądrzejsze i coraz bardziej skomplikowane w mowie, zabawie i pomysłach. Miewają pięciominutowe okresy WSPÓLNEJ zabawy, wymieniają SŁOWA (i zdania!) i wcale się nie biją. Wtedy zamieramy w bezruchu i wstrzymujemy oddech, żeby nie zniszczyć doniosłości chwili. Szok i niedowierzanie: dożyliśmy. Dzieci są najlepsze i wykańczające jednocześnie, więc wszystko się zgadza.

Foto by Tytus

Z robót domowych pozornie niewiele się dzieje, czasem jedynie coś przesunę o kilka centymetrów. Ale nie dajcie się zwieść. W mojej głowie trwa bowiem serial pod niewiele mówiącym tytułem „wielki remont”. I jak to z operami mydlanymi bywa: rzecz jest mało wiarygodna – scenarzyści nie dbają o prawdopodobieństwo, akcja rogrywa się na kilku metrach kwadratowych, kamera nigdy nie opuszcza dusznej przestrzeni, w której karykaturalni bohaterowie kochają się i nienawidzą wciąż z tym samym brakiem zapału. Chciałam przez to powiedzieć, że wiele dzieli mnie od upragnionego remontu, co nie przeszkadza mi wyobrażać sobie:

  1. nowych kolorów na ścianach (czystej bielii, brudnej zieleni i odrobinę szarości)
  2. nowych baterii łazienkowych
  3. listew przypodłogowych
  4. wycyklinowanych podłóg
  5. i wymiany kilku smutnych lamp.

Tak sobie właśnie fantazjuję; toczę wewnętrzne spory jaką tkaniną obiłabym zniszczony przez Ciszę fotel, a jak się rozszaleję, to nawet kanapę bym machnęła na nowo. Widoków na realizację mojego scenariusza wprawdzie nie ma, ale już samo wyobrażanie sobie zmian jest bardzo relaksujące. Czy Wam się też to zdarza, czy tylko mnie opętało?

Foto by Tytus

Pytam, bo ile razy opowiadam Wojtkowi o jakiejś wizji remontowej, która na pewno wszystko zmieni i nasze mieszkanie już nigdy-nie-będzie-takie-samo, po ok. 3 sekundach tracę kontakt wzrokowy z mężem. I nawet jeśli jest bardzo blisko mnie, to wiem, że nie ma go ani w tym pokoju, ani w tym mieszkaniu, a już na pewno nie w tym małżeństwie. Po prostu mój ulubiony temat nie jest ulubionym tematem mojego męża. Bywa i tak. Jak widać i remont, i brak remontu może być wyzwaniem dla związku.

Dobranoc Państwu. Odezwijcie się czasem. Remontujecie coś, może chociaż w myślach?

Trochę dżungla, a trochę nie

Yhm, trochę czasu minęło od ostatniej relacji spod wulkanu. Żyjemy! I nawet jesteśmy o krok bliżej od zamieszkania w dżungli. Żebyście nie mieli jednak fałszywego wyobrażenia – nie bujamy się od świtu na lianach. Nasza dżungla jest na razie tylko cieniem, dyskretną zapowiedzią wielkiej zieleni. I tak jest dobrze, bo jak wiadomo nadmiar szkodzi. Nadmiar rzeczy, wrażeń, zmian, schodów, szarych dni. Ale nie przyszłam tu narzekać, nie tym razem kochani, bo wiosna idzie! Wiem to, czuję i nawet jak utknę w zaspie, to i tak nie ustąpię. Idzie wiosna, mówię Wam! Na dowód mojej tezy kupiłam dzisiaj nasiona chabrów.

Znowu nadchodzi czas wyrzucania i domowych zmian. Jeszcze nie ruszyłam na balkon z szaleństwem w oczach, jeszcze straszą pelargonie i kikut choinki, chociaż ten smutny widok to jeszcze nic wobec dokonań gołębi. BTW Czemu tyle nienawiści do gołębi? Ok, mnie też denerwuje ta kupa wszędzie – cały balkon w kupie, ale bez przesady. Gołąb też ptak, też żyć musi. Co on biedny winny, że tu łapka jakaś kaprawa, tu oko nie bardzo, że życie w mieście ciężkie? Wrony też uwielbiam i kawki też. [Koniec dygresji]  Jestem na razie zbyt pochłonięta codziennością, ale gdzieś z tyłu czuję oddech wielkich porządków, takich po których człowiek budzi się z poczuciem zmiany, odświeżenia i lekkości. Dajcie mi jeszcze czas na ochłonięcie, a ruszę buldożerem i odgruzuję (czy zburzę? Co robi buldożer?) wszystko. Zresztą koparki, buldożery i inne ciężkie maszyny przydałyby się też jutro, z okazji dnia kobiet w kraju, który nienawidzi kobiet. Ale my się nie damy!

Postaram się, żeby kolejny wpis był na jakiś temat.

Byle do wiosny!

PS Dzięki za wsparcie i dobre słowa po poprzednim wpisie. I dzięki Romko – moja jedyna fanko – za czujność ❤

Zmiany

W 2017 wkroczyłam z nadzieją, że to będzie dobry rok. Przynajmniej lepszy od poprzedniego, który w moim osobistym rankingu, zyskał miano (dotychczas) najtrudniejszego. Było ciężko, bardzo ciężko, ale bywało też najlepiej, bo wiadomo – rodzina, przyjaciele, dzieci, Berlin, drobne wycieczki i radości codzienne. 2017 rok rozpoczął się obiecująco, bo jeszcze w grudniu pojawiły się nowe możliwości zawodowe. Zmiany, zmiany, zmiany!

ryba

Tylko tuż za rogiem tradycyjnie czaiły się wyzwania i niespodzianki, te tak zwane nieprzewidziane okoliczności, które lubią namieszać: wywołać małą katastrofę, czy po prostu wysadzić w kosmos równowagę wewnętrzną. Często się mówi, sama zresztą bardzo lubię takie lekko wytarte stwierdzenia, że zmiany są dobre. Ale po pierwsze: doświadczenie uczy, że lepiej nie szastać takimi tekstami, szczególnie, gdy coś oficjalnie nazywa się dobrą zmianą. Po drugie, dużo wielkich zmian w krótkim czasie bywa jednak cokolwiek destabilizujące psychicznie. Już od dawna nie ukrywam lekkiego szaleństwa, którego nabawiłam się poprzez uroki macierzyństwa i inne okoliczności. Także destabilizacja stała mi się niemal stabilizacją, moją normą jakby wypracowaną w toku ostatnich, pełnych wrażeń lat. Choć straciłam już to dzikie spojrzenie, gdy po dwóch tygodniach w domu z chorymi dziećmi, szłam do baru upolować obiad i przyglądałam się z niedowierzaniem ludziom wokół. Skąd oni się wzięli? Dlaczego są tak ładnie ubrani, o czym tak beztrosko rozmawiają? Czy oni byli tu cały czas, gdy ja byłam tam, na górze z dwoma uroczymi ogrami?

drzewo

Po trzech latach z dziećmi wracam do pracy, by po czterech miesiącach zmienić pracę, zmienić branżę i desperacko poszukiwać niani, która pozwoli mi się od czasu do czasu pojawiać w tej nowej pracy, nowej branży i nowym rozdziale życia.

Piszę to wszystko, żeby nabrać dystansu do swojego szaleństwa i rozwiać złudzenia – jeśli na zdjęciach z poprzedniego wpisu bije od nas jasność, to jednak spora zasługa zdolnej fotografki. I żeby nie było wątpliwości, dzieci są jednak najlepsze. Nadają sens wszystkiemu.

Trzymajcie kciuki za wszystko, co nowe!

PS Jeśli zdjęcia wydają Wam się bez sensu, to miały być motywacyjne (linki do źródeł po kliknięciu na foto)

U państwa Robotów

Pod koniec września, a może w październiku – dawno temu w każdym razie, odwiedziła nas Martyna i zrobiła zdjęcia w naszym mieszkaniu. My też się załapaliśmy, ale oczywiście uważamy, że w rzeczywistości jesteśmy piękniejsi. Tak czy inaczej, skupcie się na wnętrzach. Na żywo są trochę ciemniejsze i chyba mniej przestronne, ale co to znaczy dobry fotograf! Voilà!

Uwielbiam to zdjęcie Łucji i Muchy – one są naprawdę zgranym duetem (często śpią z nami w łóżku, wciśnięte pomiędzy Wojtka i mnie, a Cisza zwija się przy stopach)

Tyle już się zmieniło w domu przez te parę miesięcy – ciągłe przypływy i odpływy! Przypływy szczególnie ceramiczne i z tworzywa sztucznego (zabawki!), ale też coś odpłynęło – choćby kartonowy domek z pokoju dzieci. Panta rhei, memento mori et cetera.

Martyna zrobiła zdjęcia na potrzeby Ikea Family. Jeszcze raz wielkie dzięki!

Powietrza!

Chyba jestem podduszona. Nie tylko przez katar, ale przez nadmiar rzeczy. Rzadko to odczuwam. Zwykle im więcej, tym lepiej, ale prawdopodobnie zbliżam się do granicy, za którą już tylko szaleństwo i samotność. Wiele razy robiłam skomplikowane bilanse i wyliczenia, które miały pomóc w ustaleniu, do której porcelanowej figurki albo innego rupiecia, jestem najmniej przywiązana. Pytałam swoje serduszko: czy mogę oddać potrzebującym tego robota? Odpowiedź była zawsze negatywna. I to wcale nie przez zatwardziałość mojej duszy (choć to również), ale przede wszystkim, większość gratów to prezenty. Prezenty od męża i rzeczy odziedziczone. No i kto jest najgorszym zbieraczem w rodzinie? Ha!

#minimalizm

Zadałam to pytanie tylko po to, żeby się pocieszyć i usprawiedliwić z nieumiejętności pozbycia się, ogarnięcia nadmiaru. Po powrocie ze Świąt jestem tradycyjnie zaskoczona, że ledwo się mieścimy. Od kiedy zabawki zalały pokój dziecięcy, mam wrażenie, że tej fali nikt już nie zatrzyma, opanowała całe mieszkanie. Kiedyś ktoś odnajdzie nasze ciała ukryte pod stertami klocków, aut, maskotek, książek, układanek, obrazków… a ja na pewno będę leżała pod tym drewnianym koniem na biegunach. Za karę, że mam do niego taką słabość. Uwierzcie, że staram się być grzeczna i nie kupować głupot. Nawet więcej, jestem grzeczna i nie kupuję głupot! Planuję jedynie wyhodowanie dżungli, co jest raczej roztropne, praktyczne i w dodatku nas uratuje przed smogiem (przed światem trochę też). Znam swoje słabości i wiem, że to, co mnie powstrzymuje przed wkroczeniem na świetlistą drogę minimalizmu, to emocje. Te wszystkie historie, wspomnienia, miejsca, które siedzą w tych porcelanowych stworach, metalowych robotach i innych. Wielokrotnie już godziłam się z faktem, że nasze mieszkanie nie będzie przestrzenią do medytacji, ale jednak coś we mnie pęka. Bo o psia kostka! – jak mawia moja przyjaciółka – dokąd zmierza to wszystko? Ten nadmiar rzeczy, nadmiar emocji? Może chodzi o to, żeby coś nareszcie zmienić. Odkurzyć, wywietrzyć, wyrzucić, poskładać na nowo i żeby mieć więcej miejsca na dobre myśli i nadzieję. I tego nam wszystkim życzę. Przyszły rok musi być lepszy!

Zrobiłam szybko zdjęcia, żebyście pokrzepili się widokiem cudzego bałaganu. Dzieci śpią, więc miałam tylko duży pokój i przedpokój do dyspozycji. Kuchnię i łazienkę Wam daruję :*

Zły smog i wielka dżungla

Mamy choinkę. Tytus powiedział „piękna”, a Tytus mówi jak jest, więc mamy piękną choinkę. (Musicie uwierzyć Tytusowi na słowo, bo mam wyłącznie fatalne zdjęcia z telefonu, które nie przeszły kontroli jakości). Jest też wieniec, gwiazda betlejemska i inne drobiazgi – wszystko wydobyte z szaf i zainstalowane. Poza tym zostałam ukarana za swoją zuchwałość z poprzedniego wpisu. Przyznaję – dałam się ponieść i nie przemyślałam dobrze konsekwencji. „Dzieci na razie trzymają się zdrowo” tak napisałam. Wkrótce więc dzieci się rozchorowały, a trwało to trzy tygodnie. Czyli jednak milczenie złotem.

Oprócz planowania wyprawy w rodzinne strony, jestem pochłonięta obmyślaniem strategii antysmogowej dla domu. Pewnie wiecie (niestety ja dowiedziałam się dopiero ostatnio), że ta romantyczna mgła nad Warszawą, to po prostu smog. A wielka chmura, która sprawia, że wszystko jest tak rozmyte i nierzeczywiste, to nic innego jak pyły zawieszone w powietrzu. Co gorsza, mieszkamy w centrum, w samym środku wulkanu. Obmyślam więc plan ratunkowy dla naszej chatki na kurzej nóżce. Trzeba będzie zaopatrzyć się w oczyszczacz powietrza i nareszcie wyhodować prawdziwą, wielką, dziką, dziką i wielką dżunglę. Na marginesie, pamiętacie jak Mama Muminka niechcący zamieniła dom w dżunglę? I najlepiej, gdy wołała Muminka: „Chodź tu do nas na górę! Znalazłam krzak agrestu w szafie!”* i wszyscy bujali się na lianach w salonie…

Jeśli chodzi o sprzęt oczyszczający powietrze – na razie nie mam rozeznania. A jeśli chodzi o kwiaty, dowiedziałam się (stąd), które kwiaty są największymi sprzymierzeńcami w tej walce. Po odrzuceniu gatunków sezonowych (chryzantema) i trudnych/nie najładniejszych (figowiec, który kojarzy mi się z tym, że woli być łysy i martwy, niż inwestować w nowe liście), wybrałam anturium i bluszcz. W skład dżungli wejdzie jeszcze palma (chrysalidocarpus lutescens) i lilia pokoju (spathiphyllum) – obie dzielne, mało wymagające i zbawienne dla jakości powietrza. Podobno lilia bardzo dobrze znosi brak światła, jakbyście mieszkali gdzieś w podziemiach. Planuję każdą wolną przestrzeń (a nie ma jej wcale, więc trzeba będzie ją stworzyć) oddać zieleni.

źródło fotografii Urban Jungle Blog

Trudności są tylko dwie, a może nawet trzy: 1. koty 2. dzieci 3. robale, pasożyty i inni wrogowie flory. Dwa pierwsze punkty są immanentną częścią gospodarstwa, punkt trzeci wciąż się panoszy. Na tych kilku kwiatach które mamy, mieszkają bowiem ziemiórki – małe muszki, kuzynki owocówek, które wykluwają się w ziemi. Jestem z nimi w stanie wojny już od jakiegoś czasu, ale nie robię sobie złudzeń i biorę pod uwagę wszystkie warianty. Z pozbyciem się ich żywicieli włącznie.

Źródła fotografii 1, 2, 3

Może zainwestujemy w kwietnik, ale chyba wolałabym poradzić sobie bez dodatkowych zakupów. Tylko tu wracamy do punktu pierwszego, czyli kotów – pogromców zieleni. Trzeba jednak wcisnąć kwiaty trochę wyżej, żeby dać im więcej szans na przetrwanie ataku Catzilli. Jeśli uda mi się przeprowadzić całą akcję, oczywiście dowiecie się o tym pierwsi.

Wasza Jane

PS Więcej o smogu dowiecie się na stronach: Polski Alarm SmogowyWarszawa bez smogu i w aplikacji do sprawdzania stanu zanieczyszczenia powietrza 

* „W Dolinie Muminków” Tove Jansson przeł. Irena Szuch-Wyszomirska, W-wa 1975